Ergebnis 1 bis 4 von 4

Thema: Hilfe für die Übersetzung eines Manuskriptes erbeten von polnisch nach deutsch

  1. #1
    Forumbetreiber Avatar von Wolfgang
    Registriert seit
    10.02.2008
    Ort
    Prinzlaff/Przemysław
    Beiträge
    8.609

    Standard Hilfe für die Übersetzung eines Manuskriptes erbeten von polnisch nach deutsch

    Schönen guten Abend,

    am vergangenen Samstag hatte ich Gelegenheit, am I. Werder-Kongress in Tiegenhof teilzunehmen. Mangels polnischer Sprachkenntnisse konnte ich nur teilweise einem Vortrag folgen, den Professor Dr. Cezary Obracht-Prondzyński aus Danzig hielt. Es war jedoch, soweit ich es verstand, ein großartiger Beitrag über die Ambivalenz deutsch-polnischer Beziehungen im Werder, der unbedingt ins Deutsche übersetzt werden sollte. Ich habe von Herrn Prof. Obracht-Prondzyński die Genehmigung seinen Artikel übersetzen zu lassen und zu veröffentlichen.

    Es ist ein mehrseitiges Manuskript in polnischer Sprache. Ich suche Übersetzer, und wenn es auch nur für einzelne Seiten ist.

    Bitte meldet Euch!

    Schöne Grüße aus dem Werder
    Wolfgang
    -----
    https://www.facebook.com/Weichselwerderring (für aktuelle Infos "Gefällt mir" anklicken)
    Das ist die höchste aller Gaben: Geborgen sein und eine Heimat haben (Carl Lange)

  2. #2
    Forum-Teilnehmer Avatar von stazki
    Registriert seit
    23.11.2008
    Ort
    Niederschlesien
    Beiträge
    182

    Standard AW: Hilfe für die Übersetzung eines Manuskriptes erbeten von polnisch nach deuts

    Hallo Wolfgang,

    schicke dieses Manuskript, wir werden es übersetzen!

    Gruß

    Gosia i Heinz

  3. #3
    Malgorzata K
    Gast

    Standard AW: Hilfe für die Übersetzung eines Manuskriptes erbeten von polnisch nach deuts

    Hallo Wolfgang,
    koenntest Du mir auch den Text senden?
    Gruesse,
    Małgorzata

    m.p.krolak@wp.pl

  4. #4
    Forum-Teilnehmer
    Registriert seit
    24.08.2014
    Ort
    22547Hamburg, Franzosenkoppel 32
    Beiträge
    408

    Standard AW: Hilfe für die Übersetzung eines Manuskriptes erbeten von polnisch nach deuts

    Wolfgang #1 Gerhard Jeske. Mit Übersetzungen sind die Elbinger fleißger, als die in Danzig oder hier . Dafür ein Beispiel.
    Gerhard Jeske 22547 Hamburg copyright polnische Schüler in der HJ und im KLV Lager

    Gdańszczanin, obecnie mieszkaniec Hamburga



    Gdańsk 1939.

    Po zakończeniu we wrześniu wojny przeciw Polsce, gdy niemieckie oddziały były żywiołowo pozdrawiane przez ludność Gdańska, potem jak Hitler wygłosił swoją mowę, w której gwarantował, że Gdańsk przez tysiąc lat będzie nierozerwalnie należał do niemieckiej Rzeszy, określono kto z gdańszczan powinien do niej należeć. Urodzenie się w Gdańsku nie wystarczało dla otrzymania obywatelstwa niemieckiego. Niektórzy gdańszczanie zostają uznani za bezpaństwowców, inni zaszeregowani jako Polacy i wygnani, jeszcze inni zaliczeni do jednej z czterech list Volksgruppen. Żydzi oraz inne mniejszości narodowe nie należały do tego. Komu nie udało się wyjechać, ten lądował w obozie koncentracyjnym i długo nie pożył. Zdarzyło się, że pewnego dnia, podczas nauki w szkole, otwarły się drzwi do klasy i weszło czterech lub pięciu chłopaków. Dyrektor szkoły Porschmann powiedział nam rzeczowo, to są nasi nowi uczniowie, zachowujcie się porządnie. Patrząc pobieżnie, sprawa dla nas była załatwiona. Uczniowie ci uczęszczali do polskiego gimnazjum przy Białej Wieży. Ponieważ zostali uznani za Niemców trzeciej kategorii, mogli pójść do Volksschule. Wstąpienie do Hitlerjugend było obowiązkiem prawnym, ponieważ stała się ona organizacją państwową. W ten sposób uczniowie z polskiej mniejszości wstępowali do HJ. To czego nie wiedziałem, to że dalej w tajemnicy trzymali się polskiego języka i religii katolickiej. Tyle wstępu.

    Przyszedł rok 1943. Hiobowe wiadomości z frontu wschodniego nie kazały na siebie czekać. Kto w szkole uważał na rachunkach, szybko mógł dojść do równań, że sto zniszczonych czołgów rosyjskich nie zaszkodziło tak bardzo wielkiej armii rosyjskiej, lecz trzydzieści zniszczonych czołgów niemieckich wymagało większego wysiłku przy odtworzeniu.

    Kierunek marszu stał się odwrotny, teraz tylko ze wschodu na zachód i wtedy pytałem się już siebie samego, kiedy Russen (jak nazywaliśmy radzieckiego kolosa) osiągną granicę zachodnią.

    Jesienią zostaliśmy wysłani na wykopki ziemniaków do powiatu Konitz. Najpierw byliśmy u niemieckiego bauera, który żywił nas nędznie. Rano kromka chleba i cienka zupa mleczna, w południe zupa ziemniaczana a wieczorem jak rano. Oszczędzał nie tylko na jedzeniu lecz i na wynagrodzeniu, ponieważ nie byliśmy niczym więcej jak państwowymi, nie opłacanymi niewolnikami.

    Następnie zostałem razem z trzema innymi gdańskim bowkami przeniesiony do chłopa z niewielkim gospodarstwem. Była to polska rodzina. Gospodarstwo było trzy km od Kamin. Mieszkała tam piękna córka, która miała około 15 lat i jak się szybko okazało jeden syn, który urlopował się z niemieckiej piechoty i ukrywał w lesie. Teren sąsiadował z Tucheler Heide i był ulubioną kryjówką dla ludzi bez stałego zamieszkania. Pewnego dnia ukazał się on w pełnym umundurowaniu, uzbrojony w karabin, w chlewie zastrzelił świnię i opuścił gospodarstwo z mięsem na następne tygodnie. Pracował tam Józef. Polski chłopak w wieku 16 lat, którego rodzice zginęli w nalocie podczas ucieczki do południowej Polski. Józef przychodził do nas do pokoju wieczorem, tasował karty i graliśmy w „17 i 4”, chociaż było to zabronione. Zdejmowaliśmy odzież roboczą i zakładaliśmy czarne mundury HJ. W gorączce gry koledzy mówili po polsku, tak że nie wiele z niej rozumiałem. Nic nie szkodzi, powiedział jeden. Przecież nie donosisz? Teraz zrozumiałem dlaczego chłop z naszego powodu zabił kozę. Dlatego „Eintopf” każdego dnia był szczególnie pożywny. Tak po raz pierwszy dowiedziałem się, że także polscy chłopacy musieli zakładać przeklęte przez nich mundury Hitlerjugend.



    Gdańszczanie w obozie KLV (Kinderlandverschickung – wysyłka dzieci na wieś) w Adolfs – Dorf, powiat Wirsitz.

    Po pracy przy zbiorach ziemniaków w Konitz, na początku listopada 1943 r. otrzymaliśmy rozkaz stawienia się z zapakowanym tornistrem lub walizką na dworcu i pojechaliśmy w nieznane. W Bydgoszczy i Nakle musieliśmy się przesiadać, następnie pojechaliśmy dalej wąskotorówką. Wieczorem pociąg zatrzymał się w polu i wysiedliśmy. Na przeciw nasypu wąskotorówki stała stara szkoła a w ogrodzie zobaczyliśmy drugi płaski budynek. Na lewo od budynku szkoły, w odległości jednego kilometra znajdował się zamek Herreneichen, którego właścicielem przed 1939 rokiem był polski hrabia. Został on wywłaszczony. Na prawo, przy drodze i przed stacją wąskotorówki znajdowała się polska wieś, której nazwę zmieniono na Adolfs – Dorf. Polaków wysiedlono i w skromnych domach mieszkali chłopi z Bessarabii. Przy złym wyżywieniu, bez światła elektrycznego i bieżącej wody tłoczyliśmy się po 40 uczniów w dwóch klasach. Byliśmy zbieraniną z trzech szkół: Schleusengasse, Lastadie i Schwarzer Meer. Gdy temperatura spadła do minus 8-12 stopni, zamarzła studnia i wodę do kuchni musieliśmy przywozić sankami w bańkach ze wsi. Dla mycia brakowało. Tylko w niedzielę po obiedzie była ciepła woda, po pół miski dla każdego. Myślę, że ostatnie polskie dzieci, które mieszkały w majątku i w domu miały lepiej, niż my niemieccy zdobywcy. W styczniu musieliśmy wychodzić nocą na zimny dyżur. (Byli tam polscy partyzanci). Nie we dwójkę lecz pojedynczo patrolowaliśmy okolicę. Ponieważ w wieku trzynastu lat nie byłem już strachliwy, przeżyłem samotne godziny pod migającymi gwiazdami lub żeglującymi chmurami, przy zimnym świetle księżyca, który czasem złocił śnieg. Niestety nasz zimowy mundur był tak cienki, że zimno wchodziło przez skórę, po dwóch godzinach każdy był przemarznięty do kości. Wegetowaliśmy w tej okolicy do końca marca 1944.

    W KLV Adolfsdorf w powiecie Wirsitz był także mój przyjaciel, z polskiej mniejszości. Z trzema czy czterema chłopakami odwiedzał tam polskiego szewca. Naziści szewca nie deportowali go, ponieważ osadnicy z Bessarabii go potrzebowali. Pewnego wieczora Hans Olszewski zabrał mnie aby przedstawić rodzinie. Dlaczego, teraz opowiem. Byłem małym, wytrwałym, nie pozbawionym zdolności chłopakiem, miłym o delikatnej twarzy. Byłem szykanowany w obozie przez Gefolgschaftsführera. Każdego dnia znajdował powód aby mnie i kilku innych chłopaków wzywać do swojego pokoju. Tutaj w ramach kary musieliśmy wykonywać przysiady, pompki lub w kucki wykonywać chód kaczki. Jeden po drugim zaczynał dyszeć i mówił, że już nie może. Wtedy był nazywany słabeuszem i wyganiany. Ja wykonywałem gimnastykę dalej i nigdy nie poddawałem się aż on miał dość i wyrzucał mnie.

    Przed Bożym Narodzeniem mogłem z jednym kolegą pojechać do Gdańska aby w kierownictwie LKV dla wojennych sierot oddać własnoręcznie zmajstrowane zabawki.

    Było już około 20-tej gdy tam dojechaliśmy. Gdy się zameldowałem i HJ-Führer usłyszał nazwę obozu, pobiegł do swojego pokoju, otworzył drzwi i krzyknął do środka. Jest dwóch z Adolfsdorf. Natychmiast ukazało się dwóch HJ-Unterführer aby obejrzeć bezczelnych prostaków. Byli jednak tak zdziwieni jakby zobaczyli przed sobą małe krasnoludki. Musieliśmy odczekać godzinę i otrzymaliśmy nasze walizki z powrotem, zapakowane rzeczami których nie znaliśmy. Zawlekliśmy walizki na przystanek tramwajowy i pojechaliśmy na dworzec główny. Tam wysiedliśmy, zaciągnęliśmy walizki do przechowalni bagażu. Następnie pojechaliśmy do domu. Mój kolega linią 4 do końca Langgarten, tam mieszkał a ja linią 5 do stacji końcowej róg Hühnerberg i Thornscher Weg. Stamtąd musiałem jeszcze iść piętnaście minut w ciemności do Walddorf. Moja matka była zaskoczona gdy wszedłem do mieszkania. Ale jak tu wszystko wyglądało? Słabe światło elektryczne. Mój młodszy brat charczał w łóżku z powodu zapalenia płuc. Wtedy nie było możliwości pójścia do szpitala. Mała choinka stała na maszynie do szycia. Najstarszy brat był na nocnej służbie obrony przeciwlotniczej, na magazynie. Ojca także nie było w domu. To wszystko działało na mnie przygnębiająco. Matka szybko na stole postawiła chleb i wędzoną rybę, ja opowiadałem o życiu obozowym, że jutro mam jeszcze urlop i chcę odwiedzić rodzinę Olszewski.

    Następnego dnia, przed południem otoczenie wydało się bardziej przyjazne. W ogrodzie leżał biały śnieg, słońce słało swoje promienie poprzez gałązki owocowych drzew. Wyszedłem z domu i przespacerowałem się na plac zabaw. Dokoła cisza. Nie słychać żadnego psa, dla oszczędności wszystkie zostały zlikwidowane. Wokół żadnego sąsiada. Walddorf wyglądał jak bezludny i wymarły. Po obiedzie przygotowałem się do odszukania pani Olszewski i jej córki. I od matki dowiedziałem się, że ojciec Hansa zmarł w obozie a jego siostra i matka musiały mieszkać w magazynie na Hopfengasse. Dzień i noc miały trzymać tam straż przeciwogniową. Wieczorem drzwi na dole były zamykane, nikt nie mógł ich odwiedzać. Założyłem czarny mundur HJ i matka spytała zdziwiona czy tak ubrany chcę tam pójść. Dlaczego nie, zdziwiłem się, odwiedziny cywila mogą spowodować podejrzenia. Matka i siostra żyły w małym pokoju z kuchnią. Siostra, była maturzystka opanowała już cztery języki. Obie były bardzo chude ponieważ nie otrzymywały pełnych marek na żywność. Po naszej rozmowie zabrałem książkę z magicznymi sztuczkami. Rzekomo Hans Olszewski chciał nam coś z niej pokazać. Tego nigdy nie zrobił, bo książka była z pewnością przeznaczona dla innych. Na przykład jak uwolnić się z beczki. Dokładnie obejrzałem w pociągu.

    Następnego dnia pożegnałem się z resztą rodziny i pojechałem na dworzec główny. Umówiliśmy się o 11.30. Po odebraniu walizki udałem się do kolejki po bilety. Gdy stanąłem przed okienkiem urzędniczka zapytała o zezwolenie na podróż. Zdumiałem się. Wyjaśniła mi, że takie zarządzenie obowiązuje od godziny 24-tej, dlatego nie może mi sprzedać biletu. Natychmiast włączyłem najwyższy bieg swojego umysłu. Pobiegłem szybko na Elisabethgasse na posterunek policji i wyjaśniłem swoje położenie. Policjant wypisał mi wniosek zezwalający na wyjazd i bilet otrzymałem. Pociąg, jeśli dobrze pamiętam miał odjechać o 12.05 do Bydgoszczy. Mieliśmy pięć minut czasu na dostanie się na prawidłowy peron. Wszystko się udało co do sekundy. Gdy tylko wrzuciliśmy przez drzwi nasze walizki rozległ się gwizdek. Po dwukrotnych przesiadkach dojechaliśmy około 19-tej do Adolfs-Dorf. Teraz zaczęło się ciągnięcie walizek, poprzez nasyp do szkoły w obozie. Jedno ucho od walizki urwało się więc swój pasek zaczepiłem za metalowe oczko i ciągnąłem walizkę po śniegu jak sanki.

    Jak bardzo się zdziwiliśmy gdy otworzyliśmy walizki i okazało się, co jest w środku. Same książki wojenne, których nikt nie chciał czytać, mały karabin. I radio, którego nie mogliśmy użyć bo nie było elektryczności. W naszym pokoju paliła się tylko lampa naftowa.

    Następnego ranka dałem wyraz swojemu zaskoczeniu i był to mój pierwszy niebezpieczny, polityczny dowcip. Przywiozłem mapę Rosji i szpilki z czerwonymi chorągiewkami. Mapę przypiąłem na ścianie przed drzwiami prowadzącymi na jadalnię. Na linii przebiegu frontu wstawiłem czerwone chorągiewki. Linia w środkowym odcinku przebiegała przez Kijów – Żytomierz. Po prymitywnej Wigilii, gdy rozdzielone zostały ostatnie listy, kilku chłopaków z tęsknoty za domem rozpłakało się. .. Ja zainteresowałem się gazetą z Gdańska, która również przyszła i przesunąłem oznakowanie do miasta Żytomierz. Miasto było odbite przez niemiecką armię. Ale wyglądało na to, że o miasto toczą się ciężkie walki. Na początku stycznia, w kolejnej gazecie przeczytałem, że w ramach prostowania linii frontu Żytomierz oddano. Mamy tutaj grę słów. W Plattdeutsch jest powiedzenie: Schiets du mir, so ich Dir (jeśli sr.. na mnie to i ja na ciebie). Po niemiecku Schiets du mir oraz Schitomir po rosyjsku brzmią podobnie. Rano przestawiam chorągiewki. Za mną stoi Gefolgschaftsführer i kilku innych, których interesuje przebieg frontu. Byli także chłopcy z mniejszości polskiej, jak się dowiedziałem kilka dni później. Gefolgschaftsführer pyta jak wygląda sytuacja. Ja przestawiam chorągiewki i mówię: Shitomir so ich dir! Gefolgschaftsführer gwałtownie się odwraca i wychodzi do jadalni. Zrozumiał grę słów bo był z Westfalii, gdzie rozumiano Niederdeutsch. Następnego dnia mapa została usunięta a ja popadłem w jeszcze większą niełaskę. Przy obiedzie zażądano całkowitej ciszy. Nagle jeden z chłopców wypowiedział jedno lub dwa słowa. Teraz Gefolgschaftsführer wydarł się: Jeske to ty! Co powiedziałeś? Ja milczałem. Powtórzył pytanie i wtedy zawisł topór, chciał mi zarzucić niewykonywanie poleceń. Daję ci polecenie służbowe: co powiedziałeś? Nie powiedzieć nic oznaczałoby nie wykonanie rozkazu. Musiałem coś odpowiedzieć i powiedziałem: pocałuj mnie w tyłek. Zapadła cisza, że kaszel wszy byłby słyszalny. Po przerwie na oddech: powinieneś zobaczyć swoje akta personalne. Z ciebie nic nie będzie. Teraz mogłem tylko mieć nadzieję, że wojnę przegramy tak szybko jak możliwe.

    Dzień lub dwa później zaprosił mnie Olszewski, aby towarzyszyć mu wieczorem. Po kolacji razem poszliśmy przez zaśnieżone pole na skraj wsi. Hans powiedział mi, że jego ojciec zmarł na wylew do mózgu. Ja wiedziałem swoje, z pewnością to było uderzenie w głowę lub kula z pistoletu, ale nic nie powiedziałem. Stanęliśmy przed chatą. On otworzył drzwi i wepchnął mnie do środka. Otoczyło mnie matowe, żółtawe światło, zmieszane z parą. Znajdowałem się w mieszkalnej kuchni. Po środku pomieszczenia, w wannie stała 3-4 letnia dziewczynka, matka namydlała jej nagie ciało. Po prawej stała rozgrzana kuchenka, na której babcia przygotowywała kolację. Po lewej stało trzech lub czterech chłopców w mundurach HJ. To byli ci, bowki z nielegalnej polskiej MNIEJSZOŚCI. W lewym rogu izby siedział szewc przy swoim stole roboczym. Popatrzał na mnie badawczo, odłożył młotek i zaczął cicho rozmawiać z Olszewskim. Nie wiem co mówił, Hans też o tym milczał. Tutaj polsko-katoliccy chłopcy szukali namiastki rodziny. Tutaj przeżywali to, czego odmówiła im Hitlerjugend i nie mogła zastąpić. Po kilku minutach Hans obrócił się do mnie, skinął głową i wyszliśmy. Z miłego, wilgotnego ciepła wyszliśmy na gwiaździstą, zimową noc gdzie zszokowało nas przeszywające zimno. Włożyłem ręce do kieszeni spodni, szybko podniosłem kołnierz, Milcząc szliśmy po śniegu w stronę szkoły, która teraz wydawała mi się obozem karnym dla niemieckiej młodzieży.

    Honorarfrei übersetzt von Bogdan Kiebzak- Mielec/Pl.
    Gerhard Jeske .geb,20.08.1929 in der Freien Stadt Danzig, wohnt in. 22547 Hamburg, Franzosenkoppel 32


    Elblag moje Miasto.pl - Hans-Joachim Pfau.- Schwesterseite Bogdan Kiebzak

Aktive Benutzer

Aktive Benutzer

Aktive Benutzer in diesem Thema: 1 (Registrierte Benutzer: 0, Gäste: 1)

Berechtigungen

  • Neue Themen erstellen: Nein
  • Themen beantworten: Nein
  • Anhänge hochladen: Nein
  • Beiträge bearbeiten: Nein
  •